Weranda literacka

... bez tytułu

   

    Gdy zbliżałam się do pięćdziesiątki myślałam z lekką trwogą:  "Mój Boże, to przecież pół wieku" Pół wieku - to robi wrażenie. Urodziny obchodziłam hucznie, mieszkanie pękało w szwach. Wtedy jeszcze nie myślałam o emeryturze, nie bałam się jej i niczego nie planowałam. Tak minęło parę lat, siłą rzeczy zaczęłam o niej myśleć. Nie robiłam sobie obietnic typu - teraz będę dużo czytać, nadrobię zaległości.  Po prostu zawsze dużo czytałam, zawsze uczestniczyłam w życiu kulturalnym  i żadnych zaległości nie musiałam nadrabiać. Ale  postanowiłam, że natychmiast po przejściu na emeryturę zapiszę się na Uniwersytet Trzeciego Wieku (UTW). Nie stało się to tak szybko jak myślałam, ponieważ  po przejściu na emeryturę natychmiast zaproponowano mi powrót do pracy, z czego skwapliwie skorzystałam. Miało być na rok, a zostałam na cztery lata.
    Gdy wreszcie przestałam pracować ani mi w głowie było UTW. Cieszyłam się każdym dniem, w którym nie musiałam wstawać rano, uwielbiałam nieśpieszne poranki, południowe kawki z koleżankami, włóczenie się po pięknym Wrocławiu. Miałam czas na podtrzymanie  kontaktów z kuzynami w USA. Gościłam ich w Polsce, potem sama ich odwiedziłam w Denver, przy okazji nawiązując czułe relacje z liczną tam rodziną.  Spełniło się wreszcie marzenie mojego życia  - zobaczyłam Wielki Kanion Kolorado.
    Z racji mojego wieku stałam się też takim trochę rodzinnym mentorem. Niewdzięczna to rola. Liczono się z moim zdaniem, więc musiałam ważyć słowa i kierować się dobrem rodziny. Wyznawałam zasadę, że o rodzinie mówi się tylko dobrze.
    Po trzech latach, kiedy nacieszyłam się wreszcie nieskrępowaną swobodą, a jesień nadchodziła wielkimi krokami, w głowie zaświtała myśl, a może tak UTW?  Złożyłam papiery, zdałam egzamin i stałam się słuchaczką I roku. Cóż to była za radość. Jakie przeżycia! Począwszy od inauguracji roku akademickiego po rozmaitość zajęć. Byłam zaskoczona poziomem wykładów, zaangażowaniem wykładowców, różnorodnością tematyki.  Mnóstwo było elementów integrujących, począwszy od zajęć w Capitolu, w czasie których trzeba było opowiedzieć ciekawie o zawartości swojej torebki, czy wystukać melodię kolędy, po wspólny śpiew przed poniedziałkowymi wykładami albo opłatek przed świętami.  Także rozliczne warsztaty, seminaria, lektoraty językowe, kółka zainteresowań. Wszystko to wypełniało mi czas i  czyniło moje życie barwnym. Nie bez znaczenia są też nowe znajomości.

    I trwało to parę lat. Żyłam pełną piersią: rodzina, przyjaciele, kino, wycieczki, imprezy. Żyłam tak, mając świadomość, że nie wiadomo jak długo jeszcze będzie mi dane cieszyć się tym wszystkim. Traktowałam każdy dzień jak dar. Wprawdzie nie wybieram się jeszcze w ostateczną podróż, ale zdaję sobie sprawę, że w życiu jak w wyliczance: na kogo wypadnie na tego bęc.  I to było motorem do życia nie w strachu, nie w smutku, nie do zwieszania nosa na kwintę, ale do intensywniejszego życia. Był to powód do tego, aby być z ludźmi, dzielić czas na sprawy ważne i mniej ważne,  pielęgnować przyjaźnie.  I tak dobiegłam do siedemdziesiątki.
  
Niestety z powodu pandemii wszystko zawisło w próżni. Nie było hucznych urodzin. Nasza starszyzna rodzinna (ja to nazywam koroną rodzinną) czyli mój brat Jerzy i dwie siostry: Elżbieta i Józefina jakoś sobie radzą. Jesteśmy najstarszymi członkami  rodziny i  walcząc z chorobami  i przypadłościami wieku starszego staramy się zachować równowagę ducha i ciała. Ale jedna z  przyjaciółek niestety nagle odeszła, dwie inne ciężko chorowały. Jeszcze bardziej zaczęliśmy cenić swoją obecność. UTW też zawiesił działalność, a później wznowił spotkania tylko online.

    Z trudem przeżyłam pandemiczną zimę. Od momentu gdy stało się jasne, że od wiosny do jesieni życie wraca do normy, wykorzystuję czas na nadrabianie zaległości. Wyjechałam na wczasy nad nasze morze, które kocham miłością wielką. Chodzę do kina. Byłam też na wystawach. Pierwsza w Muzeum Architektury mówiła o dokonaniach amerykańskiego architekta Stevena Holla, gwiazdy światowej architektury, prekursora nowych technologii. Jego dokonania: budynki, całe zespoły budynków przedstawione w formie zdjęć a także w filmie, w którym sam twórca oprowadzał nas po bibliotekach, campusach czy dzielnicach miasteczek, które sam zaprojektował - zachwycające. Jaka szkoda, że nie zaprojektuje on zabudowy  ulicy Powstańców Śląskich, która kiedyś była najbardziej reprezentacyjną i najładniejszą ulicą Wrocławia, a teraz brzydnie zabudowywana koszmarkami. Druga, w Muzeum Narodowym wystawa o modzie. Wystawa świetnie zrobiona, pokazująca modę nie tylko w eksponatach, ale poprzez obrazy, opisy z dzieł literackich, wyeksponowanie roli kolorów itp.

Gdy tak siedziałam nad kawą w muzealnej kawiarence, jedna myśl nie dawała mi spokoju. Uporczywe wrażenie, że ja to wszystko już kiedyś widziałam,  że to już było, wszystko jest jakieś wtórne. Nic mnie nie zaskakuje. To tak wygląda starość? Ale później przyszła refleksja, że przecież z pewnością jeszcze zachwyci mnie niejedna książka, film, człowiek, czy przyroda. I jakoś lżej mi się zrobiło, a świat wypiękniał. Żyję.

Ewa Semków, tekst ".. bez tytułu" został wybrany przez jury w konkursie "Od pięćdziesiątki do setki” zorganizowanym przez serwis społecznościowy  www.kobieta50plus.pl
więcej informacji  https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/wyniki-konkursu--od-piecdziesiatki-do-setki






Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Grażyna Dziubinska 25/11/2021, 15:16

    Świetny opis doświadczeń naszego pokolenia i refleksji nad zmianą stosunku do życia, własnej pozycji w rodzinie i społeczeństwie. Autorka ma niewątpliwie duży talent literacki. GRATULACJE :-).

  • WANADAM55 22/11/2021, 21:17

    Jak to pięknie napisane, że każdy dzień przynosi coś nowego. Coś co wydaje że już było ale w rzeczywistości jest nowe i zaskakujące swoją treścią.

    Czas upływa bardzo szybko i każdy kolejny dzień jest niepodobny do poprzedniego. Coraz częściej żegnamy bliskich wiedząc że już nigdy nie zamienimy z nimi słowa że nigdy razem nie siądziemy by powspominać dawne czasy.
    Chcemy jednak wykorzystać dni jakie nam pozostały do maksimum, patrzeć na rozbijające się o piasek morskie fale, cieszyć się widokiem czerwonego słońca kąpiącego się wieczorową porą w morzu, słuchać drzew szumiących nad głowami, zachwycać się widokiem karkonoskich szczytów w blasku wschodzącego słońca ...

    Jakże wiele mamy jeszcze do zobaczenia, jak dużo miejsc, które chcielibyśmy zwiedzić. Życia nie starczy ale przecież marzyć możemy zawsze i cieszyć się życiem możemy zawsze i radosnym być możemy zawsze.

    Jestem z Alą razem już prawie 44 lata, były dni słoneczne, pełne radości i szczęścia, były też dni gdy czarne chmury pokrywały nasze niebo raz po raz rozświetlane błyskawicami. Razem potrafiliśmy przywrócić naszym dniom blask słońca i radość.
    Życie, po prostu życie.
    Tak wiele jest za nami a przed nami, bardzo na to liczymy, tylko dobre dni. Dni w których wzajemnie będziemy wspierać się dając sobie poczucie bezpieczeństwa a przede wszystkim dając sobie wiele miłości bo to może brzmi banalnie ale to miłość jest motorem życia.
    RAZEM, RAZEM TO NASZ WSPÓLNY CEL, AŻ PO KRES NASZEJ ZIEMSKIEJ DROGI !