Weranda literacka

Moje urodziny…


Moje pięćdziesiąte urodziny obchodziłam szczególnie uroczyście, we własnej firmie w Niemczech, którą prowadziłam już od sześciu lat. Otoczona przyjaciółmi, znajomymi i klientami przyjmowałam życzenia i niespodzianki. Syn zamieścił w miejscowej gazecie wielkie ogłoszenie o urodzinach, z życzeniami od wszystkich moich klientów. Regionalne Radio, gratulowało na żywo przez telefon. A wieczorem zaprosiłam do restauracji moich przyjaciół, koleżanki z klubu tenisowego i partnerów biznesowych. Już nie pamiętam, ile nas było, ale ponad 50 osób. To były szczególne urodziny… pozostaną w pamięci na zawsze.

Potem jeszcze kilka lat prowadziłam moją firmę, był to Klub Fitnessu, będąc specjalistą rehabilitacji, miałam licencję na pracę z niemieckimi kasami chorych i dzięki temu też prosperowałam dobrze.
Ale jak to w życiu, wszystko ma swój początek i koniec, nadszedł dzień, kiedy zdecydowałam się zakończyć działalność, bo zdrowie coraz to częściej odmawiało posłuszeństwa.

Postanowiłam wyjechać z Niemiec do Hiszpanii na Teneryfę. Mając doświadczenie w rehabilitacji i marketingu liczyłam, że znów uda mi się choć małą firmę założyć w Hiszpanii. Lecz na Teneryfie okazało się, że młodzi, jak wszędzie mają większą siłę przebicia i w tej sytuacji nie chciałam ryzykować. Miałam wtedy 56 lat. Natomiast, bez problemu dostałam pracę w firmie wycieczkowej i po przejściu szkolenia, zostałam pilotem wycieczek dla grup polskich i niemieckich. Bardzo lubiłam tę pracę, ponieważ całe lata pracowałam z ludźmi, praca ta odpowiadała moim preferencjom. Każdy dzień był inny a każda grupa miała własną dynamikę. Najbardziej lubiłam tzw. indywidualne wycieczki wtedy, gdy miałam małe grupy lub pojedyncze osoby. Bardzo ceniłam sobie tę pracę, dawała mi ona dużo satysfakcji.
Na Wyspach Kanaryjskich jest wspaniały umiarkowany klimat „wiecznej wiosny”, co mnie bardzo odpowiadało i czułam się tam wyśmienicie. Wydawało mi się, że znalazłam moje miejsce na ziemi.
 
Również tam świętowałam moje sześćdziesiąte urodziny, może nie były one tak wykwintne, ale zebrało się sporo miłych ludzi: koleżanki i koledzy z kursu językowego, sąsiedzi i znajomi. Czas na Teneryfie był niezwykle twórczy, uczęszczałam na kursy malarstwa, kursy medytacyjne i sama prowadziłam kursy Qi Gongu dla miejscowych Niemców.

Rzeczywistość czasem jest bezwzględna… po pewnym czasie okazało się, że muszę wracać do Niemiec. Brakowało mi sporo lat pracy do niemieckiej emerytury i powinnam chociaż kilka lat dopracować. Wtedy granica wiekowa emerytury w Niemczech wynosiła 67 lat.
Powrót do Niemiec był szczególnie bolesny, bo niemiecki porządek zobowiązywał mnie do natychmiastowego zameldowania się w Urzędzie Pracy i znalezienia sobie zatrudnienia. Było to wielkie wyzwanie dla mnie, pomimo moich kwalifikacji… trudno było znaleźć pracę dla kobiety w wieku 63 lat.

Po długich i mozolnych poszukiwaniach, znalazłam wielofunkcyjną pracę w małej firmie. Byłam pomocą biurową, pomocą domową i pełniłam obowiązki towarzyskie dla mojej młodej pracodawczyni. Może nie było to, aż takie złe na początku, ale nasze kontakty przekroczyły barierę - szefowa i pracownik. Zaczęłam być „matką i pielęgniarką” i zaczęłam tracić moją osobistą sferę. W moim życiu osobista sfera grała zawsze wielką rolę, ponieważ jestem osobą kreatywną, potrzebuję czasu i przestrzeni dla mojego artystycznego świata. Przyszedł moment przejścia na emeryturę i uwolniłam się z tego związku.

Partnerstwa i związki przyjacielskie, niestety zobowiązują w życiu do rezygnacji z wielu rzeczy. Od wielu lat byłam singlem i to mnie bardzo zadawalało, bo mogłam spełniać się w wielu dziedzinach życia, mogłam żyć według moich upodobań.
Jedni ludzie są stworzeni do małżeństwa i życia rodzinnego, inni nie…  inni spełniają się w życiu inaczej.
W tym okresie, często pomagałam synowej w opiece nad wnuczką, ale były to przeważnie weekendy, wtedy synowa miała szkolenia dla pracujących poza firmą. Czasem przebywałam u wnuczki dłużej wtedy, gdy synowa wyjeżdżała na szkolenia zagraniczne. Miło wspominam ten czas, lecz gdy wnuczka skończyła 14 lat towarzystwo babci stało się mniej atrakcyjne i byłam coraz to mniej potrzebna.

Siedemdziesiąte urodziny spędziłam w Polsce wśród rodziny i przyjaciół z dawnych lat. Zawsze, gdy przyjeżdżałam do Polski organizowałam jakąś artystyczną imprezę połączoną z wystawą obrazów lub prezentacją moich opowiadań z podróży.

Moje siedemdziesiąte urodziny, były ważnym etapem w moim życiu. Ponieważ powoli odczuwałam, że zdrowie mnie zawodzi. Zrozumiałam, że muszę coś w życiu zmienić. Wiedziałam, że w innym przypadku zostanę skazana na pielgrzymowanie po lekarzach w poszukiwaniu diagnoz. Doświadczyłam właśnie tego, wkrótce zaraz po moich siedemdziesiątych urodzinach, kiedy zdecydowałam się dokładnie przebadać. Chodziłam od lekarza do lekarza, wysiadywałam godziny w poczekalniach i zastanawiałam się co będzie dalej… no i dostałam diagnozę.
 
Przełomowym momentem było skierowanie do szpitala na operację jelita grubego.
Ale ja… postanowiłam sprawę wziąć w swoje ręce i zrezygnowałam z operacji.
Postanowiłam zacząć życie od nowa, zaufałam sobie, narzuciłam dyscyplinę żywieniową. Czasowe głodówki, terapie sokowe, całkowita rezygnacja ze słodyczy i okazyjnych kieliszeczków sampana czy wina. I tak jest do dzisiaj… z czasem nowe nawyki stały się zwykłą codziennością.
Nie jest to łatwe, wziąć odpowiedzialność za siebie. O wiele łatwiej jest oddać odpowiedzialność w ręce innych. Ale ja zawsze chciałam decydować o sobie. Jeżeli ma się do siebie zaufanie i szacunek, dba się o siebie, to ciało odpłaca zdrowiem. Daje to poczucie satysfakcji i równowagi psychicznej. Znam swoje ciało i duszę, jestem odpowiedzialna za moje zdrowie i życie.
 
Dzisiaj mam 75 lat i jestem zdrowa i sprawna. Jeżdżę rowerem na dalekie trasy, pływam, uprawiam nordic walking i codziennie rano gimnastykuję się. Do lekarzy już od pięciu lat nie chodzę, bo nie mam takiej potrzeby. Jak to określam, żyję w homeostazie ze sobą. Znam różne zioła, robię nalewki i wiem, jak można pomóc sobie w momentach słabości. Może wydać się to dziwne, ale mamy całą aptekę w naturze. Trzeba tylko zmobilizować się, aby poznać dary natury i korzystać z nich.   
 
Marzy mi się, aby znów wyjechać do jakiś ciepłych krajów i tam spędzić resztę życia. Świętować tam moje osiemdziesiąte, dziewięćdziesiąte a może i setne urodziny. Wierzę, że może być to realne, bo nauczyłam się żyć w zgodzie ze sobą i środowiskiem, które mnie otacza.
Jestem otwarta, aby dawać i brać to co nam życie daje. Najważniejsze w życiu jest marzyć i realizować mniejsze lub większe plany życiowe, wtedy z uśmiechem i w zdrowiu przejdziemy przez kolejne dziesiątki życia… do tych upragnionych setnych urodzin.  
 
Izabella Degen, tekst  "Moje urodziny… "Od pięćdziesiątki do setki”  został wybrany przez jury w konkursie zorganizowanym przez serwis społecznościowy  www.kobieta50plus.pl
więcej informacji  https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/wyniki-konkursu--od-piecdziesiatki-do-setki
 

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Ewa z Bajkowa 21/11/2021, 14:15

    Świetnie napisane!
    Co człowiek to charakter, a jak ktoś powiedział... "charakter jest naszym Bogiem, sprawcą naszego szczęścia i nieszczęścia". Jak mamy dobry charakter to obronimy się przed nawałnicami życia i nie stracimy swojego "ja".
    Serdecznie pozdrawiam

  • Zdzisława Wenska 19/11/2021, 15:30

    Myślę, ze dobrze udało sie Pani pokierować swoim życiem.Gratuluję i pozdrawiam

  • Isabel 18/11/2021, 14:00

    Serdecznie dziękuję Pani Jadwigo, za komentarz i za uznanie. W życiu z nieba nic nie spada, całe życie uczymy się... "odrabiamy lekcje".
    Tylko nie każdy ma tyle sił aby wciąż pobierać nauki życia.
    Ja nauczyłam się wymagać od siebie... a nie od innych.

  • Jadwiga Śmigiera 18/11/2021, 6:26

    Wspaniały tekst. Gratuluję Pani. Ale gratulacje dotyczą także Pani rozsądku i mądrości i umiejętności.
    Tak żyć - jak Pani napisała - w drugiej połowie życia - trzeba po prostu UMIEĆ.
    Moje uznanie.