Weranda literacka

Najpiękniejszy okres w życiu

MÓJ DOM, MOJE DZIECIŃSTWO

Dzieciństwo, to najpiękniejszy okres w życiu. Moje, choć naznaczone Dziecięcym Porażeniem Mózgowym i rozpoczęciem chodzenia w wieku lat 5-ciu, też takie było. Do czasu pójścia do szkoły,
większość roku spędzałam w rodzinnym domu mojej matki. Największy dom we wsi, z ogromnym gospodarstwem. Ziemie dziadka ciągnęły się od kartofliska za stodołą, do rzeki Łużyczanki, a
za nią były łąki, na których wypasały się krowy, biegały konie. Potem były pola pełne zbóż. Część ziem zabrano w ramach reformy rolnej, ale to co zostało i tak wymagało dużo pracy i wysiłku.

Po wielkim podwórzu, na którym była cembrowana studnia z wiadrem spuszczanym w jej głąb za pomocą korby, biegały kury i kaczki. Gdy tylko zaczęłam chodzić, chciałam pomagać babci w obrządku. Kilka upadków w chlewie czy oborze, ostudziło moje zapędy, bo trzeba było ubierać mnie w czyste ubrania, a wtedy o pralce nawet wirnikowej nikt nie słyszał. Nowoczesność do domu babci weszła parę lat później za sprawą jedynej synowej. Babcia prała w tradycyjnej cynowej balii i tary, używając mydła szarego, bo do niego miała największe zaufanie. Bieliznę pościelową rozwieszała  na sznurach rozciągniętych w ogrodzie. Ubrania suszyły się na strychu, na który wchodziło się po drabince. Ja z racji kalectwa nigdy tam nie byłam, a schody na piętro nauczyłam się pokonywać jako 10 latka.

Kiedy okazało się, że prace przy inwentarzu nie są dla mnie, skupiłam się na pracach domowych. W większości życie rodzinne toczyło się w kuchni, która była duża i jasna. Za nią znajdowały się dwa pokoje, jeden z ogromnym fortepianem, na którym dawno nikt nie grał i wielką skórzaną kanapą z pięknie rzeźbionym zagłówkiem. Drugie drzwi z kuchni prowadziły do pokoju, którego dwa duże oka wychodziły na główną ulicę, a babcia w krótkich chwilach relaksu wyglądała przez jedno z nich, paląc papierosa w szklanej lufce. Ten pokój pełnił rolę salonu, bo tu dziadkowie rozmawiali z ludźmi, którzy ich odwiedzali. Do tych pokoi przylegał trzeci najmniejszy, do którego można było wejść od strony ulicy i z salonu. Za pokojem z fortepianem znajdowało się podłużne pomieszczenie z małym okienkiem, traktowane jak domowa spiżarnia. Drugą stronę parteru zajmował posterunek policji, do którego wchodziło się od strony ulicy. Na piętrze część pokoi dziadkowie wynajmowali rodzinie Kozłowskich, a resztę stanowiły sypialnie: gościnna, dziadków i najmłodszej córki Grażyny, która była starsza od mojej siostry o dwa lata, a ode mnie o 5. Choć była moją ciotką, to nigdy do Niej tak nie mówiłam.
 
Do sieni wchodziło się z ganku na którym znajdowała się ławeczka. Drzwi do niej były masywne, nabijane metalowym ćwiekami, a klamka tak wielka, że wieszałam się na niej całym ciężarem, by
je otworzyć. Najtrudniej jednak było mi pokonać dwa schodki przed gankiem, bo nie było poręczy. Przy tych schodach siadał najwspanialszy pies Brychu, czekając każdego ranka, aż babcia wyniesie mu miskę z jedzeniem. Psisko było ogromne, rasy Colie, sierść miało biało – rudą. Za dnia wylegiwał się przy stodole w drugim końcu podwórza, jakby chciał powiedzieć „czuwam,
wszystko widzę, jesteście bezpieczni”. Podobno nocami udawał się na polowania. Nikt nie wiedział jak on to robił, że zawsze wyczuwał, którym autobusem przyjedzie ktoś z rodziny. Wtedy opuszczał obejście i biegł na przystanek. Zanim ludzie wysiedli z autobusu on siedział z podniesioną łapą, gotową na przywitanie. Najbardziej dziwił się temu mój ojciec, który był nowym członkiem rodziny, a na wsi bywał rzadko. Moja matka chciała zabrać Brycha do Wrocławia, ale nie pozwolił się wywieźć i po ujechaniu paru kilometrów, musiała go wypuścić, gdyż zarzucił przednie łapy na ramiona kierowcy, czyli ciotki Janki, a ta zamarła z przerażenia.

Uwielbiałam obserwować babcię przy pracach kuchennych. Co prawda nie wolno mi było zbliżać się do wielkiej kaflowej kuchni z metalową płytą i czterema fajerkami, by na nią nie upaść i się nie poparzyć, ale i tak lubiłam siedzieć przy stole na krześle z wysokimi oparciami i patrzeć jak babcia się krząta. Jako mała dziewczynka zachwycałam się trzema sprzętami: stolnicą do ciasta, tak dużą, że położona na stole, zajmowała jego większą część, dzieżą do wyrabiania ciasta na chleb i placek drożdżowy oraz maselnicą, w której babcia, siadając na ganku wyrabiała masło. Raz pozwoliła mi spróbować jak to się robi, ale zaledwie po kilku ruchach, tak bolały mnie ręce i ramiona, że więcej nie rwałam się do pomocy. Poznałam jednak trud takiej pracy.

Przynajmniej dwa razy w tygodniu babcia przygotowywała ogromne bochny chleba, które włożone do specjalnych koszyków niesiono do piekarni, znajdującej się dwa domy dalej. Gdy upieczone wracały do domu, nie mogłam się doczekać, aż będą na tyle wystudzone, by dostać kawałek. Wtedy babcia odkrajała wielką piętkę i smarowała ją masłem, które wtapiało się w ciepły ośródek.
Najprzyjemniejszy dla mnie był moment, gdy zostawała sama spieczona skórką, a ja żułam ją powoli. Babcia wypiekała wiele ciast, ale ja zachowałam w pamięci ulubiony placek drożdżowy, tak puszysty, że kawałek wzięty w dwa palce, uginał się jak gąbka. Posmarowany masłem i dżemem, popijany kakao, był najlepszym deserem. Ze względu na mojego ojca babcia piekła także sernik, bo było to jego ulubione ciasto. Moim do dzisiaj pozostał makowiec, babcia robiła go
w prostokątnej brytfannie na kruchym spodzie, a moja matka drożdżowy zawijany i zawsze się denerwowała, gdy na wierzchu pękał. Matczyne ciasto drożdżowe było ścisłe i choć z podobną
kruszonką, nie smakowało już tak bardzo.

Babunia umiała świetnie gotować, ale nie zdążyła mi przekazać swojej wiedzy, a matka nie miała cierpliwości, zawsze mówiła „sama zrobię to szybciej”. Do niedzielnego rosołu makaron babcia robiła sama, podobnie jak ulubione przeze mnie łazanki. Podawała je do czerniny, którą jadłam raz i nienawidziłam tej zupy, podobnie jak krupniku. Nigdy nie przepadałam za kaszami, właściwie uznaję tylko gryczaną do bitek wołowych i gulaszu. Jednak w dzieciństwie matka najczęściej
gotowała mannę do zupy mlecznej, zarzucała nią rosół i wtedy była to grysikowa. Pokrojoną w kostkę potrafiła dodawać do innych zup, a ugotowana na gęsto i polana sokiem, była deserem. W ten sposób obrzydziła mi kaszę mannę na resztę życia. Na szczęście dla mnie w jadłospisie babcinym przeważały pyry, które mogę jeść w różnej postaci. Wyjątek stanowi puree, które nie znajduje u mnie uznania.

Na swojej stolnicy babcia zagniatała ciasta na pierogi z serem, truskawkami czy uwielbianym jagodami. Przebojem wśród ciastek były te wyrabiane maszynką do mięsa. Dzięki specjalnej nakładce, miały różne kształty, były kruche i posypywane cukrem lub polewane odrobiną czekolady. Dziadek z rana jadał polewkę z ziemniakami gotowanymi w mundurkach. Na drugie
śniadanie były jajka na miękko. Potem obiad zazwyczaj składający się z zupy, drugiego dania i koniecznie kompotu. Bazą tego picia był rabarbar, porzeczki, maliny i agrest, wszystko z przydomowego ogródka. Maliny i porzeczki, a także truskawki najchętniej jadałam prosto z krzaka. Rabarbar lubiłam na surowo, ale rozgotowany właził w zęby, co mnie bardzo drażniło. Gdy zostawały same owoce, babcia wkładała je do kompotierek i posypywała grubo cukrem. Ja jednak
jako przekąskę najbardziej lubiłam chleb posmarowany masłem i grubą warstwą śmietany.
 
W czasie świniobicia(co najmniej 2 razy do roku), babcia wraz z masarzem wyrabiała kiełbasy, kaszanki, salcesony, szynki, pasztetową zwaną także wątrobianką, a słoninę przetapiała na
najpyszniejszy smalec ze skwarkami. Gdy zapasy z własnej świni się skończyły, to po mięso i wędliny chodziliśmy do masarni, której właścicielem był wspomniany mistrz wędliniarski, bo było wiadomo że zna się na swoim fachu. Najbardziej nie lubiłam żniw, bo wtedy w domu było pełno ludzi, także obcych, których dziadek wynajmował do pomocy. Na ten czas zjeżdżali nawet moi rodzice, matka szła w pole, a ojciec donosił żniwiarzom picie i jedzenie przygotowywane przez babcię. Po żniwach, ale także z okazji różnych świąt kościelnych, na placu przed kościołem i w przylegających uliczkach rozstawiane były kramy odpustowe. To było wydarzenie, nie tylko
dlatego, że dziadek dawał nam pieniądze i mogliśmy biegać od kramu do kramu, w poszukiwaniu wymarzonych pierścionków, bransoletek z plastiku imitującego bursztyn, baloników czy wiatraczków. Wielkim przeżyciem były dla mnie Święta Bożego Narodzenia, których na
wsi spędziłam zaledwie kilka. Nie chodziło o choinkę zawsze wysoką, przywożoną wozem prosto z lasu, ani o potrawy. Ogromnie mnie ciekawili gwiazdorzy, choć jako małe dziecko równie mocno się ich bałam, zazwyczaj chowając się za plecami Grażyny, dla której to była normalka. Dziwacznie poprzebierani ludzie wchodzili w wigilijny wieczór do domu, śpiewając kolędy i wychwalając
przymioty gospodarzy. Gdy skończyli, babcia dawała każdemu przygotowane paczki z wędlinami i ciastami, a dziadek butelki z wódką i drobne pieniądze. Po takiej wizycie nawet prezenty leżące
pod choinką nie nęciły tak bardzo. Co ciekawe, to do każdej paczki dołączona była rózga, czyli gałązki pomalowane na srebrny kolor, związane czerwoną wstążeczką. Nie pytano dziecka czy było
grzeczne czy nie, uznawano że rózga to przestroga, a prezent to nagroda.

W chwili gdy umiejętność chodzenia opanowałam na tyle, że nie bałam się opuszczać gospodarstwa, całe dnie spędzałam z przyjaciółmi na wsi. Miałam ich niewielu, bo była to najstarsza córka Kozłowskich Halina, której zawsze plątała się pod nogami młodsza Gabrysia oraz syn milicjanta Mirek. Do domu Mirka nie chodziliśmy, bo za podwórkiem znajdował się staw, do którego nie wolno było nam się zbliżać z obawy, by któreś dziecko się nie utopiło. Rozrywką było chodzenie na stadion czyli plac porośnięty trawą, na którego przeciwległych końcach znajdowały się bramki. Nigdy jednak nie widziałam by rozgrywano tam mecze. Na skarpie z boku boiska znajdowały się proste dechy imitujące trybuny. To był nasz „klub dyskusyjny”, omawialiśmy tam wiejskie plotki i interesujące nas tematy.

Spacery po galeriach handlowych, to dzisiejsza moda. W opisywanej wsi oprócz kiosku „Ruchu”, znajdowały się: wspomniana masarnia,  gospodarstwo domowe, apteka i biały piętrowy, duży budynek GS-u(Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”). Wchodziło się do niego przez duże oszklone drzwi. Na parterze znajdował się sklep spożywczy, w którym kupowaliśmy cukierki, oranżadę w proszku i płynną w ciemnych, smukłych butelkach, zamykanych porcelanowym,
białym korkiem, na końcu którego znajdowała się gumowa uszczelka. Otwierało i zamykało się butelkę, za pomocą dźwigni zrobionej z dwóch drucików. To co podziwiałam wtedy, to oszczędność, zaradność i gospodarność ludzi. Praktycznie niewiele wyrzucano. Papier pomagał w rozpałce pod kuchnią lub w piecach pokojowych. Ubrania z dorosłych przeszywano dla dzieci, lub szyto z nich pokrowce. Praktycznie każdemu przedmiotowi nadawano drugie życie.
 
Kiedy nie chadzaliśmy w omówione miejsca , czas poświęcaliśmy na zabawę. Nie bawiliśmy się w berka, ale w chowanego już tak, chociaż mnie było najtrudniej dobiec do miejsca zaklepania będąc
niezauważoną. W bezdeszczowe dni siadaliśmy na kocu na łące nieopodal rzeczki, w której można się było pochlapać, gdy upał za mocno dokuczał. Babską ulubioną grą było „Pięć kamieni”, każdy był różnej wielkości, okrągły, by wszystkie mogły zmieścić się w dłoni. Wygrywał ten, kto  najszybciej wykonał wszystkie czynności, na które składały się: podrzut największym kamieniem, w czasie którego trzeba było zbierać najpierw pojedyncze kamienie, potem 2, 3,4. Ostatnią było podrzucenie kamieni i złapanie ich na wierzch dłoni. Halina i Gabrysia siedziały po turecku, a ja nigdy nie opanowałam tej umiejętności i przy tej zabawie jak i przy „Koziku” zawsze klęczałam. Zabawą w „Kozik” się nie chwaliliśmy, polegała ona na wbijaniu małego nożyka w ziemię z różnych pozycji: ostrze oparte na palcu, dłoni, przegubie, na łokciu, czole, czubku głowy. W tamtych czasach gry planszowe były 3: warcaby, chińczyk i na jego odwrocie młynek. Graliśmy w nie na kuchennym stole babci i wtedy mogłam pokazać swoją przewagę. Wygrywałam większość partii, co bardzo mocno podbudowywało moje ego. Grę w karty zaczynaliśmy jak wszyscy od
„Czarnego Piotrusia”. Tu nie miałam szczęścia, bo 13 karta bardzo często zostawała mi w ręku. W miarę upływu lat „Piotrusia” zastąpiła „Wojna”, a wzbogacił ją „Tysiąc”. Była też gra w „Świnię”, ale nie pamiętam zasad. Najciekawszą grą karcianą było „Makao”. Babcia widząc nas grających w karty, śmiała się i mówiła „kto gra w karty, > ma łeb obdarty”. Nie pamiętam ile miałam lat, gdy na stole pojawiły się bierki i pchełki, wzbogacały nasz wachlarz gier domowych. Czytanie książek zostawialiśmy na po wakacjach. Były jednak takie momenty, że Halina pomagała w obowiązkach domowych, Gabrysia zajmowała się młodszym bratem, a i Mirka zapędzano do pracy w podwórzu. Wtedy sięgałam po książkę, bo czytać nauczyłam się z „Elementarza Falskiego” jeszcze przed pójściem do pierwszej klasy.
 
Zarówno dorośli jak i dzieci krótsze dystanse pokonywali rowerem. Powszechnym środkiem lokomocji były wozy. Nie umiem powiedzieć kiedy w gospodarstwach indywidualnych pojawiły się
samochody. Mam wrażenie, że pierwszą osobówkę miał ojciec Haliny i zarabiał nią na życie jako taksówkarz, gdy ktoś potrzebował pojechać dalej, a autobus w danej godzinie nie kursował. Zawsze
żałowałam, że gdy wyrosłam z rowerka z dokręcanymi bocznymi kółkami, rodzice nie postarali się dla mnie o rower 3-kołowy. Nie nauczyłam się także pływać. Do morza wchodziłam tylko z rodzicem, w jeziorze nigdy nie pływałam, bo przerażała mnie otwarta duża przestrzeń wody. W basenie owszem próbowałam się nie utopić, ale musiał być on tak mały, bym nogami wyczuwała dno, a dziecięce ciało rozciągnięte na wodzie rękami i nogami dotykało brzegów.

Jeżeli przyjąć, że dzieciństwo to okres od narodzin do 18 roku życia, bo potem uważa się człowieka za dorosłego, to moje dzieciństwo zakończyło się wraz ze śmiercią babci. Miałam wtedy 12 lat i nie pożegnałam Jej tak jak inni członkowie rodziny i ludzie ze wsi. Wraz z Nią odszedł mój wiejski dom i wszystko co się z nim wiązało. Halina z rodziną wyprowadziła się do pobliskiego miasteczka, Mirek znalazł sobie męskie towarzystwo.

Przez lata pobytu w domu dziadków nie spotkałam się ze złym traktowaniem. Nawet ludzie ze wsi, pewnie przez szacunek dla babci i dziadka nigdy nie dawali mi odczuć, że jestem inna. Gdy po całym dniu szwendania się po wsi, wracałam do domu na kolację, a nie na obiad, babcia z groźną miną, wywijając ścierką do naczyń nad swoją głową, krzyczała „jesteś wreszcie powsinogo”. Oczy jej się śmiały i wiedziałam, że sobie ze mnie żartuje. To była największa „obelga” jaką usłyszałam przez 12 lat. Dlatego tak kochałam babcię, bo nigdy nie krytykowała, tylko zawsze mówiła
„nieźle zrobiłaś, ale następnym razem na pewno pójdzie ci lepiej”. Przez kilka lat matka woziła mnie jeszcze w wakacje na wieś, ale coraz częściej ja sama wolałam spędzać je na rehabilitacji w Ośrodku Rehabilitacyjnym w Lądku Zdroju. Dziadek przepisał gospodarstwo na syna Tadeusza i w domu nastały rządy jego żony. Ostatni raz byłam na tej wsi w roku 1993, kiedy moja matka zabrała tam mojego syna, by mu pokazać rodzinne strony. Ona też zauważyła, że to nie jest już taki sam dom jak za życia Jej rodziców, bo później w wakacje zabierała wnuka do innych miejsc, do dalszej rodziny.
 
autorka: Iwona Maria Mikołajczyk


Tekst pt.: "Najpiękniejszy okres w życiu" autorstwa Iwony Marii Mikołajczyk  przesłany został na konkurs literacki „Mój dom, moje dzieciństwo".  

Więcej informacji o konkursie https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/wyniki-konkursu-literackiego

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Iwona Zmyslona 04/11/2022, 11:40

    Dziękuję za tak wysoką ocenę mojego tekstu. Jeżeli nie uczestniczy Pani w konkursach lub nie zamieszcza swoich prac na portalu Kobieta 50plus, to zachęcam do takiej działalności, bo dzięki temu poszerzamy nie tylko swoją wiedzę, ale także krąg internetowych znajomych. Życząc miłego dnia, pozdrawiam serdecznie.

  • Zdzisława Wenska 31/10/2022, 9:26

    Przeczytałam wspomnienia z ogromnym zainteresowaniem, gratuluję autorce tak pięknego przedstawieniea
    dzieciństwa i rodzinnego domu

  • Iwona Zmyslona 29/10/2022, 12:27

    Dziękuję za życzliwą opinię o moim tekście. Moja matka uwielbiała wspominać, ale ja byłam młoda i głupia, nie chciałam słuchać. Dziś żałuję, ale czasu nie cofnę. Pisanie bloga rozpoczęłam z myślą o synu, by przekazać w formie pisanej pewne wydarzenia, których nie zna. On jednak jest mniej sentymentalny i bloga nie czytuje. Nawet tego tekstu zamieszczonego na portalu, nie przeczytał. Ostatnimi czasy zaniedbałam swój blog, ale zdrowie mi się przyda, bo im więcej mamy lat, tym mniej zdrowia. Mam nadzieję, że i TY pozostaniesz w zdrowiu, z pozytywnym nastawieniem do świata i ludzi, czego z głębi serca życzę.

  • Isabel 26/10/2022, 19:58

    Interesujący tekst, gratuluję z całego serca. Jak każde wspomnienie jest ono niepowtarzalne. Wspomnienia są różne lepsze i gorsze, ale nosimy je w sercu, bo dla każdego nas są ważne. Powinno pisać się wspomnienia dla potomnych, aby mogli poczuć miniony czas. Ten czas minął i nigdy nie powróci... "szanujmy wspomnienia".
    Życzę Pani dużo zdrowia i napisania jeszcze wielu opowieści na Pani Blogu.

  • Iwona Zmyslona 26/10/2022, 14:19

    Droga Czytelniczko, dziękuję bardzo za przychylną ocenę mojego tekstu. Za gratulacje i życzenia zdrowia oraz pomyślności dziękuję. Przesyłam ukłony. Niechaj każdy dzień będzie dla Pani radosny, słoneczny, udany.

  • Czytelniczka 26/10/2022, 13:44

    Bardzo piękne opowiadanie! Tyle w nim ciepła i miłości... Pani Iwonie gratuluję i życzę wszystkiego najlepszego - zdrówka, serdeczności, pomyślności!
    Serdecznie pozdrawiam

  • Iwona Zmyslona 26/10/2022, 13:06

    Dziękuję mojej krakowskiej Przyjaciółce za ciepłe słowa, pełne życzliwości i sympatii. To ludzie tacy jak Livia zachęcają do dalszej pracy i mozolnego poszukiwania sensu życia, by nie tylko dzieciństwo wspominać z nostalgią i radością. Pozdrawiam, dziękując za komentarz.

  • livia ( Helena) 26/10/2022, 8:35

    Piękny , a jednocześnie bardzo realistyczny obraz ukochanego miejsca na ziemi. Ten wiejski, obszerny dom i sad, jego mieszkańcy i goście zapraszają do odwiedzin.Emanuje z niego życzliwość i miłość do małej dziewczynki, która tam właśnie była najszczęśliwsza.
    Dom swojego dzieciństwa każdy z nas nosi w sercu i dobrze jest, kiedy ten obraz jest czysty, nie zbrukany niechęcią, złością czy nawet przemocą wobec dzieci. Iwona , pięknym wspomnieniem, pokazała wielkość małych rzeczy, codzienych czynności i obowiązków, a przede wszystkim miłość jakiej doznała od dziadków. Wielkie uznanie dla Autorki.