Weranda literacka

Na zakrętach życia (2)

 

Codziennie wygrzewałem się na plaży i snułem artystyczne marzenia. Dni wakacji w hotelu minęły mi zbyt szybko. Wrecepcji powiedziałem, że nie wracam z grupą urlopowiczów, lecz zostaję tu na Teneryfie. 

Postanowiłem nocować na plaży, zaobserwowałem wieczorem, że też są osoby, które tu śpią i jakoś nikt się nimi nie interesuje. Nocami było chłodno, ale wkładałem na siebie wszystko, co miałem ciepłego.

Zacząłem malować akwarelami, trochę mi było trudno po tylu latach przerwy, ale widocznie obrazy nie były takie złe, jak je oceniłem, bo zaraz znalazły nabywców. Zawsze szukałem nowego miejsca, gdzie był jakiś ciekawy widok, a przede wszystkim nie chciałem swoją ciągłą obecnością drażnić innych. Dowiedziałem się też, że aby sprzedawać na ulicy, trzeba mieć specjalne zezwolenie, które naturalnie kosztuje i trzeba na nie czekać parę tygodni. Pieniędzy ubywało mi z każdym dniem, żywiłem się przeważnie pizzą sprzedawaną 
w kawałkach na poczekaniu lub kupowałem coś na ulicznych straganach. To, co zarabiałem na akwarelkach, to były grosze, ale wiedziałem, że chcę zacząć tu jakieś sensowne życie, a do tego, niestety, potrzeba pieniędzy. Zastanawiałem się, jak zdobyć dach nad głową. Kupiłem parę miejscowych gazet i zacząłem studiować ogłoszenia o pracy z możliwością mieszkania, jako ogrodnik, dozorca czy opiekun starszych ludzi.

 

Nie miałem wyboru, musiałem marzenia artystyczne usunąć na drugi plan. Wiedziałem, że dach nad głową i skromne pożywienie, to najważniejsze, aby być zdrowym, bo na chorobę nie mogłem sobie w żadnym wypadku pozwolić. Ogłoszeń było wiele, ale takich dla mnie, niestety, bardzo mało, zakreślałem i przekreślałem. Mój hiszpański był na tyle dobry, że zdecydowałem się w końcu zadzwonić z pobliskiego automatu.

W telefonie odezwał się miły głos, niestety, starsza pani szukała kobiety i o mężczyźnie nawet nie chciała słyszeć. Podobny los spotkał mnie w trakcie następnych rozmów. Właściwie już zrezygnowałem z pracy jako opiekun i dozorca, rozmyślałem nad czymś innym. Ale ja ani kraść, ani żebrać nie będę, bo złodziejem i żebrakiem trzeba się urodzić. Normalny człowiek znajdzie rozwiązanie, nawet w najtrudniejszym momencie.

Z powodu tych problemów straciłem wenę twórczą, przez ostatnie dni nic nie namalowałem, a marzenie, aby za każdą akwarelkę kupić tubę farby artystycznej, rozpłynęło się w niebycie.

Całe dnie snułem się po miasteczku, czytałem każde napotkane ogłoszenie. W końcu w małym barze zaproponowano mi całodzienne wyżywienie, jeżeli będę po zamknięciu sprzątał lokal i kuchnię. Właściwie na początek była to zupełnie dobra oferta. Pomyślałem sobie, że będę też nocował w tym lokalu. Z właścicielem umówiłem się, że po skończonej pracy klucz będę wrzucał do skrzynki pocztowej. Pierwszego wieczoru musiałem sprzątać bez kolacji, właściciel siedział, przeglądał rachunki i dyskretnie mi się przyglądał. Wynagrodzenie w postaci posiłku miałem dostać następnego dnia w południe. Ale po pracy właściciel postawił przede mną talerz gorącego makaronu i szklaneczkę miejscowego wina.

Nawet spodobało mi się to, dostawałem suty posiłek dwa razy dziennie, a piwa i wina mi nie skąpiono. Zgodnie z umową zawsze bardzo późnym wieczorem wrzucałem klucze do skrzynki na listy. Intensywnie rozmyślałem, gdzie mogę ukryć mój wielki plecak.

Początkowo przypominało mi to młodość i życie jak na obozie harcerskim. W moim wieku powinno się jednak zapomnieć o harcerskich latach, rano byłem tak obolały, że paru minut potrzebowałem, aby stanąć do pionu. Zastanawiałem się, ile czasu wytrzymam takie życie, postanowiłem, że będzie to próba przetrwania. Za dnia drzemałem na słońcu, żeby wygrzać moje kości.


O malowaniu prawie zapomniałem, sztuka artystyczna wymaga komfortu psychicznego.

Problemem było też to, że stawałem się coraz brudniejszy, nawet właściciel lokalu to zauważył. Mogłem się myć na plaży lub w restauracji po pracy, ale na pranie i suszenie nie było warunków. Wyglądem powoli zaczynałem przypominać włóczęgę, martwiłem się tym, bo właściciel restauracji zwrócił mi uwagę, że wyglądam jak obdarciuch. Przyznałem mu się do wszystkiego... no i bezlitośnie wyrzucił mnie na bruk. Musiałem powiedzieć mu o plecaku, który leżał w magazynku, wymyślał mi od oszustów i znieważał mnie, a przecież na to nie zasłużyłem. Byłem bez dachu nad głową i bez środków do życia.

Chciałem żyć na własny rachunek, zarabiać jakieś pieniądze, aby przeżyć, aby malować, aby spełnić swoje marzenia. Pieniędzy praktycznie już nie miałem, na czarną godzinę zaszyłem w spodniach pięćdziesiąt euro, wciąż macałem czy jeszcze tam są, ale bałem się po nie sięgnąć. Te pieniądze miały przeznaczenie. Chciałem za nie kupić farby i pierwsze płótno do malowania. Traktowałem je, jakby ich nie było, to jedyny sposób, aby je jeszcze mieć.

Postanowiłem jeszcze tego samego dnia znaleźć jakiekolwiek zajęcie, ale tym razem za pieniądze i z dachem nad głową. O pracę dla mężczyzny z plecakiem i siwymi włosami nie jest łatwo, ale uparłem się za wszelką cenę coś znaleźć. Ponownie kupiłem miejscowe gazety, ogłoszeń było dużo, ale znów nie dla mnie, usiadłem na schodkach w podcieniach kościoła, twarz ukryłem w dłoniach, chciałem się skupić. Poczułem, że ktoś położył mi rękę na głowie. Obok stał człowiek w moim wieku, po koloratce poznałem, że to ksiądz. 

– Czy jesteś zagubiony, czy w podróży, a może głodny – zapytał.

W wielkim skrócie opowiedziałem mu wszystko.

– A... Boga w sercu masz? Jesteś uczciwy...? Pomogę ci na tyle, na ile mogę. Jeśli jesteś głodny, to cię nakarmię, dam ci dach nad głową, ale potem musisz sam rozpocząć swoje życie. Powiedz mi, jak masz na imię, zagubiony człowieku.

– Feliks... czyli szczęśliwy – odparłem.

 

                                                                  ***

 

Zamieszkałem przy kościele na plebani, starałem się odwdzięczyć księdzu i Bogu, bo naprawdę tu mogłem znów pozbierać moje myśli i zacząć snuć nowe plany. Robiłem wszystko, co było do zrobienia, naprawiałem skrzypiące drzwi, uzupełniałem odpadający tynk, malowałem ściany i wykonywałem różne inne prace. Nie było pośpiechu, wręcz odwrotnie, sam decydowałem, kiedy i co będzie zrobione. Kiedyś przy kolacji opowiedziałem księdzu o moich planach i marzeniach artystycznych. Pokazałem mu moje prace, nie było to nic specjalnego, małe akwarele i szkice okolicznych widoków.

Ksiądz Jan był wspaniałym człowiekiem, już od trzydziestu lat pełnił swą misję duchową na Wyspach Kanaryjskich. Początkowo na wyspie La Gomera, a teraz od trzech lat na Teneryfie. Był pół Niemcem, pół Hiszpanem, a nawet po dziadkach Polakiem z dawnych Prus Wschodnich, rozumiał dobrze moją słowiańską naturę.

– Zdolny jesteś, mógłbyś jeszcze dużo namalować pięknych obrazów, ale masz sześćdziesiątkę, kariery nie zrobisz, za późno... szkoda. Z czegoś trzeba żyć, a tymi obrazkami na chleb nie zapracujesz. Mam pomysł!

Zamyślił się głęboko, milcząc, wpatrywał się w moje prace.

– Czy byłbyś gotowy pomóc komuś, tak jak ja pomagam tobie? Znam kogoś, kto by cię potrzebował jako opiekuna, przyjaciela i jako artystę. 

Zżerała mnie ciekawość, ale ksiądz nie chciał mi nic więcej zdradzić. Byłem pod wrażeniem naszej rozmowy i nie mogłem zasnąć. Tajemniczość księdza była niezłomna, nie chciał mi nic powiedzieć. Zasnąłem chyba dopiero nad ranem, miałem dziwnie męczące sny, śniło mi się, że wspinałem się po górach, pot zalewał mi oczy i nic nie widziałem. 

Następnego dnia przy kolacji nie miałem odwagi pierwszy zapytać księdza Jana, czy dziś wyjawi mi swoją tajemniczą propozycję. Posiłek przebiegał w ciszy i wyczuwało się jakieś napięcie.

– Powiedz, czy jesteś gotów, aby być opiekunem i przyjacielem chorego człowieka, który był i jest nadal artystą? Przebywanie z nim byłoby twoją pracą, ale też będziesz miał okazję wskrzesić drzemiąca w tobie malarską muzę.

Natychmiast chciałem wszystko wiedzieć, ale ksiądz był nadal tajemniczy i badał dalej moje nastawienie i gotowość poświęcenia się dla drugiej osoby. Wypytywał mnie w szczegółach o moje życie, o Marię i nasze dorosłe dzieci. Ale najbardziej interesowało go to, czy mam zamiar zostać tu na stałe, do końca mojego życia. Tłumaczył mi o odpowiedzialności, którą wezmę na siebie, że opieka nad chorym to poświęcenie, powołanie. Wyglądało to tak, jakbym musiał zamknąć wszystkie bramy i spalić mosty za sobą. Trochę nie mogłem zrozumieć, czego naprawdę on ode mnie oczekuje.

 

– Pojedziemy jutro na La Gomerę. Poznasz tam hiszpańską malarkę. Kiedyś miałem tam parafię i znamy się już od wielu, wielu lat, psychicznie jest w złej formie, po stracie męża sama zaczęła chorować i straciła chęć do życia. Jest w głębokiej depresji, nie wychodzi z domu, nie chce widzieć nikogo, ja jestem jedyną osobą, z którą rozmawia. Ma tam sąsiadów, którzy się nią opiekują, ale poza pomocą w podstawowych potrzebach, nic więcej dla niej zrobić nie mogą.

– Ksiądz zamyślił się i minęła dłuższa chwila zanim dodał: 

– Sądzę, że przy tobie wróci do malowania i do normalnego życia.

Byłem zaskoczony, oszołomiony, zaniemówiłem. Mamy popłynąć na inną wyspę i tam mam się zająć jakąś malarką, kobietą. Nie! Takiego rozwiązania i propozycji się nie spodziewałem. Gdyby to był mężczyzna, łatwiej byłoby mi znaleźć wspólny język, jakoś nie wyobrażałem sobie tej rzeczywistości. Nie chciałem jednak dać poznać po sobie, że w głębi duszy się tego bałem.

– Cieszę się, że ksiądz znalazł dla mnie tak piękne i chwalebne zajęcie – odparłem krótko.

 

 

Izabella Degen 

                                                                                                                                                         koniec cz. 2    cdn.

 

 

Warto przeczytać pierwszą część  „Na zakrętach życia”

 

https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/na-zakretach-zycia--1-

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

  • Izabella 18/08/2026, 8:52

    Serdecznie dziękuję Redakcji za publikację !