Na zakrętach życia cz. 4
Mercedes była piękną kobietą, sylwetkę miała dziewczęcą, pomimo swoich pięćdziesięciu lat. Włosy kiedyś kruczoczarne, dziś były zupełnie siwe, prawie białe. Twarz osmagana wiatrem, duże miodowe oczy, zdecydowane rysy twarzy wyrażające smutek. Z tym smutkiem była piękna jak cierpiąca Madonna.
Złapałem się na tym, że czasem przyglądałem się jej jak kobiecie, a nawet porównywałem ją do mojej żony Marii.
Z czasem staliśmy się przyjaciółmi, Mercedes chciała wszystko o mnie wiedzieć. Opowiadałem jej, że pochodzę z Polski, że kiedyś dobrze mi się powodziło. Nie mogła jedynie zrozumieć, dlaczego jestem tu z nią. Błąkałem się w odpowiedziach. Co miałem jej powiedzieć? Któregoś dnia nieopatrznie wyjawiłem, że mam rodzinę w Polsce, żonę i dwie córki.
– A co byś zrobiła, gdybym zechciał do nich wrócić? Z kim byś chodziła na spacery i rozmawiała... Nie dokończyłem zdania, bo rzuciła mi się z płaczem w ramiona. Pierwszy raz od trzech lat poczułem przy sobie ciało kobiety. Wszystko we mnie zadrżało, krew zaczęła pulsować, poczułem, że jeszcze jestem mężczyzną. Tuliłem ją jak dziecko, głaskając po włosach, przepraszałem, pocieszając, że były to tylko żarty. Lecz od tego dnia jakby się między nami zmieniło. Coraz częściej widziałem w niej kobietę, którą coraz bardziej pragnąłem. Mercedes zaczęła staranniej upinać swoje włosy, ubierała się w jakieś hippisowskie sukienki, w których nawet było jej do twarzy. Patrzyliśmy na siebie innymi oczyma. Malowałem codziennie popołudniami, siadała obok i wpatrywała się w moją twarz, czasem mi to bardzo przeszkadzało i nie mogłem dłużej malować.
Znalazłem w domu sztalugi, pudła z farbami i inne akcesoria malarskie. Zapytałem się, czy mogę ich używać. Odpowiedziała:
– Weź, to nie moje, to tych, co tu mieszkali.
Któregoś popołudnia zacząłem malować pejzaż na płótnie, lecz musiałem przerwać, bo coś mi tego dnia nie wychodziło. Postanowiłem udać się na spacer, chciałem sprawdzić pocztę mailową w Centrum Kultury, zresztą Mercedes też chciała zostać sama. Czasami potrzebowałem bycia w samotności, aby móc zastanowić się nad tym, co robię, gdzie jestem i pomyśleć o rodzinie. Z żoną nie miałem kontaktu, jedynie z córką czasem wymienialiśmy pocztę, chodziłem do osady Hermigua do Centrum Kultury, tam mogłem korzystać z Internetu. Od córki dowiedziałem się, że Maria mieszka w naszym domu ze swoim dawnym przyjacielem z młodzieńczych lat, obecnie wdowcem. Córka ubolewała nad tym, prosząc mnie, abym do nich wrócił. Ale napisałem: „Po co Ci ojciec, który byłby tylko ciężarem, przecież pracy już dla sześćdziesięciolatków nie ma, a na emeryturę za wcześnie”. Zrobiłem jeszcze spacer w kierunku zatoki i portu, było to bardzo piękne i romantyczne miejsce.
Nie było mnie przez kilka godzin. Wszedłem do salonu i oczom nie wierzyłem. Na sztalugach stał mój obraz całkowicie skończony, Mercedes w kuchni wycierała i porządkowała pędzle. To było prawdziwe dzieło, i nawet nie śmiałem do niego przyrównać moje obrazy! Pejzaż był w kolorach złotej żółci, fioletów i czerwieni, tak jak dzisiejszy zachód słońca. Podbiegła do mnie i rzucając mi się ze szczęścia na szyję, zawołała:
– Zobacz, ja też umiem malować!
Przytuliłem ją, ale bałem się cokolwiek więcej powiedzieć. Nie wiedziałem, jak zareaguje, gdy jej powiem, że kiedyś była znaną malarką. Bałem się, aby jej nie urazić, aby nie wkraczać w sferę, której ona nie pamiętała, aby nie obudzić jakiś głębokich wspomnień. Czasem jej reakcje były zaskakujące, na przykład kiedy oglądała stare zdjęcia, mówiła: „Popatrz Feliksie, jak ta kobieta jest do mnie podobna”. „A może to ty jesteś?” – odpowiadałem. Wtedy pakowała wszystko i kończyło się oglądanie. Nie chciała dopuszczać do siebie myśli, że ona ma coś wspólnego z tymi ludźmi, co tu mieszkali.
Tej nocy ani Mercedes, ani ja nie mogliśmy spać. Siedzieliśmy długo na tarasie, popijając czerwone wino. Mercedes po raz pierwszy od mego przyjazdu, czyli od około sześciu miesięcy, zaczepiła o swoją przeszłość.
– A może ja kiedyś byłam malarką…? Może ta kobieta na zdjęciach to ja? Czy wiesz coś o mnie? – zapytała.
Nie wiedziałem, czy mam prawo ją informować o tym, co opowiedział mi ksiądz. Zaproponowałem, żebyśmy popłynęli do niego na Teneryfę. Posmutniała i się rozpłakała.
– Nie chcę, boję się wody – powiedziała.
Zasugerowałem więc, że zaprosimy księdza Jana na La Gomerę:
– On wie o tobie wszystko, zna cię od wielu lat. To on troszczył się o ciebie, jak byłaś chora, to on mnie tu do ciebie przywiózł.
Patrzyła na mnie szeroko rozwartymi oczyma, jakby nie dowierzała temu wszystkiemu, co ode mnie usłyszała.
– Te zdjęcia są moje? Te wszystkie rzeczy do malowania też są moje? – dopytywała się. – Te zamknięte skrzynki, to wszystko moje?
Dygotała z przejęcia, więc zaprowadziłem ją do sypialni. Chyba dostała gorączki, bo cała była rozpalona. Był środek nocy, nie wiedziałem, czy wezwać lekarza, czy poszukać leku na zbicie gorączki. Nie miałem doświadczenia medycznego. Tymczasem Mercedes miała dreszcze i bredziła, od czasu do czasu wołając:
– Ben! Ben, gdzie jesteś?
Zrozumiałem, że coś się z nią dzieje, więc trzymałem ją mocno za rękę, a ona tuliła moją do siebie. Wiedziałem, że gorączka, którą dostała, jest wynikiem emocji i dlatego postanowiłem czekać do świtu. W końcu usnęła, bałem się ją zostawiać samą, ale już i sił nie miałem czuwać przy niej. Położyłem się w ubraniu obok niej i tak spaliśmy do rana. Było mi tak dobrze czuć ją blisko siebie.
***
Jak bardzo skomplikowany jest człowiek – tej zagadki jeszcze nie rozwiązali naukowcy i lekarze. Każdy z nas jest inny, inaczej reaguje, inaczej znosi bodźce zewnętrzne i nie da się żadnej choroby podciągnąć pod konkretny wzorzec, mimo że pragmatycy robią to nieustannie. Po dwudziestu czterech godzinach gorączki Mercedes stała się innym człowiekiem. Była słaba i apatyczna, leżała i powtarzała bezustannie:
– Już wiem, kim jestem, wiem, kim jestem!
Bałem się zostawić ją samą, lecz musiałem powiadomić księdza Jana o tym, co się tu wydarzyło. Komórka u nas w domu często nie miała zasięgu, musiałem wyjść i wdrapać się wyżej na skarpę, aby móc bez problemu rozmawiać.
Ksiądz Jan zaniemówił na tę wiadomość, obiecał jak najszybciej przyjechać na La Gomerę.
– Może dziś popołudniu zdążę na prom, pewnie będę musiał zostać u was dłużej, muszę tu wszystko odwołać... Jak myślisz?
– Nie mam pojęcia, sam jestem zaszokowany tym, co się stało w ciągu tych kilkudziesięciu godzin.
Izabella Degen koniec cz. 4 cdn.
Warto przeczytać trzecią część „Na zakrętach życia”
https://www.kobieta50plus.pl/pl/weranda-literacka/na-zakretach-zycia-cz-3















Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.
Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.