Weranda literacka

Kawiarenki…

Wrocław w czasach PRL-u mógł  pochwalić się kawiarniami. Od pl. Kościuszki ze znakomicie prosperującym Empikiem, Klubem Muzyki i Literatury, Stylową oraz pobliskim Pałacykiem (który też miał dni wysokiego lotu), ulica Świdnicka z Klubem Dziennikarza,  snobistycznym Monopolem i sąsiadującym z nimi salonem BWA, aż po Rynek z Klubem Związków Twórczych, Piwnicą Świdnicką i herbaciarnią Herbową, stanowiła kulturalne centrum Wrocławia o niezwykłej żywotności.

  

Hotel Monopol wybudowano w 1892 w stylu Jugendstil.  Plac  pod koniec XIX wieku kupili za 600 tys. marek wrocławscy Żydzi – bankier Wallenberg Pachaly i architekt Karl Grosser. Postawili tu dom handlowy i hotel, w którym znajdowało się 69 pokoi, w tym 21 pokoi jednoosobowych, 46 dwuosobowych oraz 2 apartamenty. Dom handlowy usytuowany był na rogu ul. Świdnickiej i Modrzejewskiej. Portyk z balkonem nad wejściem głównym do hotelu został dobudowany dopiero w 1937, specjalnie po to, by mógł z niego przemawiać Adolf Hitler. W 1958 na tym samym balkonie śpiewał także, dla zgromadzonej przed hotelem publiczności - Jan Kiepura. Pod koniec II wojny światowej dom handlowy uległ znacznym uszkodzeniom. Odbudowano go dopiero w 1961 i przeznaczono na ekskluzywną kawiarnię. W kawiarni Monopol, gdzie podawano świetną kawę, bywała klientela wywodząca się z warstw zamożniejszych i ze świata artystycznego (w bezpośrednim sąsiedztwie hotelu i kawiarni znajduje się m.in. Opera Wrocławska i Scena Kameralna Teatru Polskiego we Wrocławiu). Pod koniec XX wieku kawiarnię zamknięto i przywrócono tam funkcje handlowe. Natomiast część hotelowa kompleksu przetrwała wojnę bez znaczniejszych uszkodzeń. Hotel po wojnie stał się własnością firmy „Orbis”. Hotelowa restauracja często gościła osoby ze świata naukowego Wrocławia, a także artystów, filmowców. W hotelowych wnętrzach kręcono także kilka spośród znanych polskich filmów, m.in. „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy z 1958 (w hotelu toczy się większość akcji filmu, wraz ze słynnymi scenami z podpalaniem kieliszków ze spirytusem i polonezem o poranku, które to miały miejsce w hotelowej restauracji), „Lalka” Hasa z 1968, „Konsul” Mirosława Borka z Fronczewskim w roli głównej z 1989, a także sceny z serialu „Stawka większa niż życie”.

Barbara to kultowy lokal szybkiej obsługi, mieszczący się przy ulicy Świdnickiej od lat 60. do 90. Bar Barbara przyciągał nie tylko głodnych i spragnionych, ale też zbuntowanych. W latach 70. schronienie znaleźli tu pierwsi wrocławscy hipisi, zaś dekadę później w Barbarze rozpoczynała się większość antykomunistycznych demonstracji, w tym happeningów Pomarańczowej Alternatywy. Legendą obrosły również niektóre pozycje z ówczesnego menu – niepowtarzalny krem sułtański (jadłam wielokrotnie - znakomity) i wyborne pierogi. Zespół budynków przy dawnym Placu Młodzieżowym, w tym również Barbara, został zaprojektowany przez młody zespół architektów– Annę i Jerzego Tarnawskich, Ryszarda Jędraka, Ryszarda Natusiewicza i Włodzimierza Czerechowskiego. Modernistyczny duch wnętrza Barbary został odkryty ponownie podczas jej rewitalizacji, kiedy to przyjąć miała nową funkcję – wizytówki Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016. Remont budynku został przeprowadzony według projektu pracowni Major Architekci, a w toku prac odtworzona została, wpuszczająca do wnętrz mnóstwo światła witryna, zaprojektowana przez Jerzego Tarnawskiego czy kolumny ozdobione charakterystyczną czarno-białą mozaiką. Dzięki temu w nowoczesnych wnętrzach, umeblowanych pracami współczesnych polskich dizajnerów wciąż poczuć można klimat czasów, gdy w Barbarze umawiano się na randki przy kremie sułtańskim.

We Wrocławiu w 1992 roku  zakończył ponad trzydziestoletnią działalność Klub Dziennikarza. Właścicielem budynku u zbiegu ul. Świdnickiej i Podwala było Społem , które wymówiło użytkownikom dzierżawę lokalu i tym prostym sposobem położyło kres pewnej utrwalonej już tradycji i swoistej legendzie miasta. Klub Dziennikarza takiej legendy się dorobił. Bo nawet jeżeli kiedyś placówka odrodzi się w innym miejscu, będzie to już zupełnie coś innego. Istnieje wszak coś, co uczenie nazywa się genius loci.   Choć klub miał charakter środowiskowy i obowiązywały karty wstępu, nie był jednak jakimś dziennikarskim gettem. Karty wydawano również artystom, pracownikom nauki, wydawcom i działaczom kultury, przedstawicielom wolnych zawodów. Właściwie mógł o nie ubiegać się każdy, kogo zarekomendowało dwóch wrocławskich dziennikarzy. W rezultacie żurnaliści stanowili tam mniejszość. Jeśli zaś idzie o programową działalność kulturalną, adresowana ona była w większości przypadków do wszystkich zainteresowanych wrocławian.  Klubowe legendy  łączą się z konkretnymi ludźmi. Przesiadywali tam aktorzy scen wrocławskich: Iga Mayr, Artur Młodnicki czy Igor Przegrodzki. Przez Klub Dziennikarza przewinęło się wiele barwnych postaci. Długie lata starsi klubowicze pokazywali  stolik, przy którym lubił przesiadywać Zbyszek Cybulski, przy tym stoliku spędził część wieczoru przed swą ostatnią tragiczną podróżą. W Klubie przez trzydzieści lat grał w brydża – w ogóle nie pijąc, zawsze przeraźliwie trzeźwy - Sylwester Chęciński. Gdy przegrywał, znaczyło, że myślami krąży wokół pomysłu na swój nowy film. Na pożegnalnym klubowym spotkaniu wspominano dziesiątki dawnych i niedawnych bywalców. Pamiętano wśród nich panią Johnson z czasów, gdy jeszcze była panienką i nazywała się Piasecka. Starsi do dziś bawią się wspomnieniem, którego bohaterem był gruby, energiczny, starszy pan.  Wmawiał on szatniarzom, że ma tu spotkanie autorskie, a oni nie chcieli go wpuścić, nie rozpoznając w „awanturniku” mistrza Melchiora Wańkowicza. Wańkowicz po imprezie udawał barmana, nalewając każdemu chętnemu do kielicha, aż do wyczerpania całego, niemałego honorarium. Przyznał się potem, że całe życie marzył, by raz wystąpić w roli prawdziwego barmana. Zapamiętano też Rafała Wojaczka, który pewnego razu wyszedł z lokalu na ulicę przez… szybę. Trzeba jednak pamiętać, że Klub Dziennikarza to przede wszystkim znaczący kawałek kultury miasta. Tutaj narodziło się Wrocławskie Święto Kwiatów – wspaniała ludyczna impreza, którą żyły tysiące mieszkańców. Skojarzona ze świętem 22 lipca, dziś zeszła na margines. Nawet jeśli pójdzie w zapomnienie, wielu świadków może potwierdzić, że było to wydarzenie niezwykłe. Chodziłam co roku na te wystawy. Do dzisiaj mam przed oczami tysiące kwiatów ułożonych w zachwycających kompozycjach. 

Nie mogę nie wspomnieć o sympatycznej kawiarni Słoneczna na placu Nowy Targ. Pamiętają ją poloniści, dla których była miejscem spotkań w przerwach między zajęciami. Trzeba pamiętać, że kiedyś zajęcia na studiach uniwersyteckich odbywały się przez 6 dni w tygodniu i często przez cały dzień.  Więc tak zwane "okienka"  trzeba było zagospodarować. Głodni szli do baru mlecznego Miś, a mniej głodni kupowali jabłko od miłej przekupki na Hali Targowej i szli na herbatę do Słonecznej. 

Wydarzeniem także było otwarcie w latach 60. XX wieku, na wrocławskim Rynku, w Kamienicy pod Starą Szubienicą - herbaciarni Herbowej.  Podawano tam na okrągłych tacach herbatę w czajniczku, obok stała filiżanka, a wokół maleńkie miseczki z dodatkami: rodzynkami, figami, daktylami, orzeszkami, landrynkami itp. Herbaciarnia była popularna, o czym świadczyły kolejki oczekujących na wolne miejsca. Także w Rynku, otworzyła podwoje Witaminka, gdzie oprócz różnych słodkości, podawano świeżo wyciśnięty sok z marchewki. To dopiero był hit!  Tasiemcowe kolejki non stp. Witaminka istnieje do dzisiaj i czasami z sentymentu ją odwiedzam. Jest co wspominać.

Ewa Semków

Pisząc tekst korzystałam z informacji w Internecie.

Zdjęcie: Wnętrze Piwnicy Świdnickiej, Wikipedia

 

Warto przeczytać  wywiad z Autorką

https://www.kobieta50plus.pl/pl/styl-50-plus/wywiad-ewa-semkow

Dołącz do dyskusji - napisz komentarz

Prosimy o zachowanie kultury wypowiedzi.
Obraźliwe komentarze są blokowane wraz z ich autorami.

Artykuł nie posiada jeszcze żadnych komentarzy.

Dodaj pierwszy komentarz i bądź motorem nowej dyskusji. Zachęcamy do tego.