Weranda literacka
Wielkanoc
Właśnie wróciłam z palmą z kościoła. Jest Niedziela Palmowa. Dla katolików początek Wielkiego Tygodnia, czyli rozpoczęcie celebracji związanej ze Świętami Wielkiej Nocy. Jest inaczej niż przed Bożym Narodzeniem, bo inna jest aura wokół i inny obrządek domowo - kościelny. Natura obudziła się z letargu zimowego, wokół zieleń, wczesne kwiaty, bazie, ciepło. Święta Wielkanocne poprzedza Wielki Post, który przede wszystkim jest postem duchowym, a wspiera go post cielesny. Zastanawiamy się nad własną grzesznością, wyzbywamy się złych myśli, emocji, pogłębiamy naszą więź z Bogiem a odmawianie sobie słodkości, alkoholu czy innej przyjemności hartuje nasz charakter. Pomaga nam w tym uczestniczenie w rekolekcjach, piątkowej drodze krzyżowej czy niedzielnych gorzkich żalach z kazaniem pasyjnym. Wszystkie te przygotowania kończą się spowiedzią generalną. Moi rodzice żądali, abyśmy przed nią przeprosili siebie nawzajem, a rodziców dodatkowo całowało się w rękę. Nie za bardzo to lubiłam, ale dopiero gdy dorosłam, zrozumiałam i doceniłam ten gest pochylenia się nad dłonią rodzica.
Zbliżają się święta więc jak zwykle jest "polowanie" na szynkę i kupowanie wiktuałów potrzebnych na świąteczny stół. Najważniejsze były jajka. Z nich robiło się pisanki, nieodzowny element tych świąt. Symbol nowego życia. Barwiło się je w specjalnych farbkach i łuskach cebuli. Była z tym cała zabawa, bo gdy czwórka dzieciaków wzięła się za kolorowanie, to pół kuchni było kolorowe. W piątek mama piekła sernik i baby drożdżowe (mazurki znacznie później wkroczyły do maminej kuchni), a wieczorem wszyscy uczestniczyliśmy w liturgii Wielkiego Piątku. W tym dniu obowiązywał post ścisły, więc jadło się śledzie i to tylko 2 razy. Post, już nie tak ścisły, przechodził również na sobotę, nie jadło się nic mięsnego, słodyczy też nie. Także w sobotę chodziło się do kościoła odwiedzić Grób Pański i poświęcić pokarmy. W pięknie udekorowanym koszyczku nieśliśmy pisanki, jajka już obrane, kawałek chrzanu, kiełbaski, chleba, babeczkę i sól. Zdarzyło się, że w powrotnej drodze mój brat stwierdzał, że jest tak głodny, iż musi posilić się jajkami z koszyka. Na szczęście rodzice rozumieli nasze ogromne apetyty i reprymendy nie było. Często tato zabierał nas i odwiedzaliśmy Groby Pańskie w Kościołach Dominikanów, Redemptorystów, w Katedrze, w Kościele Garnizonowym. Ja dzisiaj kultywuję ten zwyczaj. I oto nastaje Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego. Raniutko szliśmy na Rezurekcję, której rozpoczęciu towarzyszyły wystrzały kapiszonowe na wiwat. Wszak Chrystus pokonał śmierć i Zmartwychwstał. Ludzie pozdrawiali się słowami "Chrystus zmartwychwstał", a odpowiadało się "Prawdziwie zmartwychwstał". Po powrocie z kościoła zasiadaliśmy do wielkanocnego śniadania. Na stole królowały jajka , wędliny, sałatki i biała kiełbasa. Do tego specjalny chrzan z poszatkowanymi jajami i śmietaną, ćwikła, a do picia kakao serwowane z dużego dzbanka. Kakao oczywiście od dziadka z Anglii. Zanim zasiedliśmy do stołu wszyscy odświętnie ubrani odmawialiśmy modlitwę, a potem dzieliliśmy się święconym jajkiem. Drugi dzień świąt to - po mszy świętej - przede wszystkim śmigus-dyngus. Tato już rano zakradał się do naszych pokoi i pryskał nas wodą. Z wiekiem zmądrzeliśmy i tato zastawał drzwi zamknięte. Trzymaliśmy je mocno za klamkę, ale tato pomysłowo, psikał nas przez dziurkę od klucza. Bywały tak ciepłe dni, że sąsiad robił nam dyngusa w ogrodzie, prosto ze szlauchu . Okrzykom i śmiechom nie było końca. Na naszej cichej uliczce dzieciarnia polewała czym się dało. Mój brat Jurek wymyślił zawody na jajka. Stukaliśmy się pisankami i ten, którego jajko ocalało zabierał jajko pokonanemu. Jakimś cudem najczęściej wygrywał mój brat.
To wszystko działo się dawno, dawno temu. Świat się zmienił i my wraz z nim. Ale może warto pamiętać o szacunku jakim obdarzało się rodziców, o wartościach, które nam wpajali.
Ewa Semków
Zbliżają się święta więc jak zwykle jest "polowanie" na szynkę i kupowanie wiktuałów potrzebnych na świąteczny stół. Najważniejsze były jajka. Z nich robiło się pisanki, nieodzowny element tych świąt. Symbol nowego życia. Barwiło się je w specjalnych farbkach i łuskach cebuli. Była z tym cała zabawa, bo gdy czwórka dzieciaków wzięła się za kolorowanie, to pół kuchni było kolorowe. W piątek mama piekła sernik i baby drożdżowe (mazurki znacznie później wkroczyły do maminej kuchni), a wieczorem wszyscy uczestniczyliśmy w liturgii Wielkiego Piątku. W tym dniu obowiązywał post ścisły, więc jadło się śledzie i to tylko 2 razy. Post, już nie tak ścisły, przechodził również na sobotę, nie jadło się nic mięsnego, słodyczy też nie. Także w sobotę chodziło się do kościoła odwiedzić Grób Pański i poświęcić pokarmy. W pięknie udekorowanym koszyczku nieśliśmy pisanki, jajka już obrane, kawałek chrzanu, kiełbaski, chleba, babeczkę i sól. Zdarzyło się, że w powrotnej drodze mój brat stwierdzał, że jest tak głodny, iż musi posilić się jajkami z koszyka. Na szczęście rodzice rozumieli nasze ogromne apetyty i reprymendy nie było. Często tato zabierał nas i odwiedzaliśmy Groby Pańskie w Kościołach Dominikanów, Redemptorystów, w Katedrze, w Kościele Garnizonowym. Ja dzisiaj kultywuję ten zwyczaj. I oto nastaje Niedziela Zmartwychwstania Pańskiego. Raniutko szliśmy na Rezurekcję, której rozpoczęciu towarzyszyły wystrzały kapiszonowe na wiwat. Wszak Chrystus pokonał śmierć i Zmartwychwstał. Ludzie pozdrawiali się słowami "Chrystus zmartwychwstał", a odpowiadało się "Prawdziwie zmartwychwstał". Po powrocie z kościoła zasiadaliśmy do wielkanocnego śniadania. Na stole królowały jajka , wędliny, sałatki i biała kiełbasa. Do tego specjalny chrzan z poszatkowanymi jajami i śmietaną, ćwikła, a do picia kakao serwowane z dużego dzbanka. Kakao oczywiście od dziadka z Anglii. Zanim zasiedliśmy do stołu wszyscy odświętnie ubrani odmawialiśmy modlitwę, a potem dzieliliśmy się święconym jajkiem. Drugi dzień świąt to - po mszy świętej - przede wszystkim śmigus-dyngus. Tato już rano zakradał się do naszych pokoi i pryskał nas wodą. Z wiekiem zmądrzeliśmy i tato zastawał drzwi zamknięte. Trzymaliśmy je mocno za klamkę, ale tato pomysłowo, psikał nas przez dziurkę od klucza. Bywały tak ciepłe dni, że sąsiad robił nam dyngusa w ogrodzie, prosto ze szlauchu . Okrzykom i śmiechom nie było końca. Na naszej cichej uliczce dzieciarnia polewała czym się dało. Mój brat Jurek wymyślił zawody na jajka. Stukaliśmy się pisankami i ten, którego jajko ocalało zabierał jajko pokonanemu. Jakimś cudem najczęściej wygrywał mój brat.
To wszystko działo się dawno, dawno temu. Świat się zmienił i my wraz z nim. Ale może warto pamiętać o szacunku jakim obdarzało się rodziców, o wartościach, które nam wpajali.
Ewa Semków














Dołącz do dyskusji - napisz komentarz
Dagmara 17/04/2023, 13:09
Ewo, piękne wspominki, Wielkanoc rzeczywiście ważna jest dla katolików. Obecnie, w większości domach, czas świąteczny traktuje się bardziej zwyczajowo niż religijnie. Cóż, zdarzenie, które dzieją się wokół kościoła, przyczyniły do tego. Jedno jest pewne, warto zadumać się nad sobą, bliskimi i życiem. Wiosna jest pięknym czasem, i wyzwala w nas dobre emocje.
Wiosennie pozdrawiam,
Dagmara
Ewa Radomska 14/04/2023, 18:21
Szkoda, że współcześnie zwyczaj Śmigusa - Dyngusa swego czasu przybrał formę chuligańskich wybryków kiedy to w miastach całe grupy rozwydrzonych młodocianych z wiadrami pełnymi wody oblewały bez litości kogo się dało nawet starszych ludzi wychodzących z kościoła. Zauważyłam, że na szczęście "moda ta" już się znudziła i jest spokojniej...Kiedyś na wsiach kawalerowie biegali za pannami też z wiadrami pełnymi wody, ale była to jakby forma zalotów, to było co innego. Najbardziej oblewali najładniejsze i wtedy to był dla nich honor!
Zdzisława Wenska 12/04/2023, 19:54
Piękne wspomnienia. Też troskliwie przechowuję w pamięci dawne chwile, gdy jako dziecko przeżywałam te radosne Święta w rodzinnym gronie. Było skromnie, nie tak jak dziś , gdy tak łatwy jest dostęp do dóbr wszelakich , ale było jakoś radośniej...